Wyprawa na „Dzień Dobry”.

5 października 2010


„Dzień Dobry”

 

Dziś postaram się przedstawić wam moją wyprawę na Mazury. Oczywiście nie pierwszą, ale pierwszą prezentowaną publicznie na blogu :)

Spędziłem w Jędrychowie kilka dni u znajomych Doroty, Ani i Krzysztofa, których serdecznie pozdrawiam, jednocześnie dziękuję za gościnę :)

Moja wycieczka w tym roku miała charakter raczej wypoczynkowy, gdzie chciałem uwiecznić świt a dokładnie wszystko co dzieje się w godzinach rannych. Muszę powiedzieć, że niema chyba lepszej pory dla fotografa od tej porannej.


Okupiona jest ona krótkim snem, bo już o 3:00 rano a czasami wcześniej trzeba wstać by nie przegapić wschodu słońca.

To etap dnia w którym to słoneczko mówi nam: Dzień Dobry, a opowiada o nim krótki epizod w dziale Tokksa Wild „Dzień Dobry”.

Zanim wytyczyłem sobie miejsce na uwiecznienie chwil jakie dała mi natura, w przeddzień musiałem dokonać wyboru takowego miejsca. Przyznam, że na mazurach w okręgu Sorkwit, nie sprawiło mi to większego kłopotu, gdyż teren ten jest piękny i niezbyt bogaty w zabudowy. Po wyborze miejsca przyszedł czas na wykonanie czatowni.

Czułem się jak żuraw, który przy wyborze miejsca do lęgu bacznie wybiera odpowiednie miejsce, z dala od zasiedleń ludzkich. Takowe miejsce sam znalazłem i zacząłem się tam mościć.

Tak przygotowana czatownia pozostawiam na kilka dni by zwierzęta mogły się do niej przyzwyczaić, ale zważywszy że na mazurach będę ledwo tydzień, to po 2 dniach zacząłem odwiedzać ją jeszcze przed wschodem słońca, gdy było jeszcze ciemno.

Tam spędzałam czas podziwiając każdorazowo wschód słońca, który z każdym dniem był inny.

Mgła jak pościel otulała jeszcze nie zbudzone motyle, ważki, które czekały, aż skrzydła wysuszą im pierwsze promienie słońca.


za każdym razem zmieniała swoją formę malując coraz to inne obrazy…powoli unosząc się, po czym opadała ginąc bez śladu.

W tym czasie budziła się przyroda, melodia z lasu coraz głośniej rozbrzmiewała roznosząc się po pobliskich łąkach.

Zwierzęta prześcigały się w rysowaniu coraz to dziwniejszych melodii, jedna z nich utkwiła mi do dziś…krzyk olbrzymich i tajemniczych żurawi..

tak to one rozpalały moje uszy, to dla nich wstawałem co rano nim słońce wzejdzie na niebie, to one wołały mnie do siebie…

Co dziennie mogłem je obserwować, czasami blisko mnie niemal wpatrując się w ich oczy a czasami ledwo widząc je we mgle. Jednak nigdy na tyle by móc wykonać wymarzone ujęcia.

Tańczyły ze sobą o brzasku, dawało się dostrzec z odległości przez lornetkę, ale nigdy z bliska…

Trwało to krótkie chwile po czym podrywały się do lotu, lecąc na swoje miejsca żerowe. Czasami zostawały na dłużej pasąc się w łanach owsa rosnącego opodal.

To niesamowite uczucie być w tym miejscu i obserwować je. To coś czego nie potrafię wyrazić słowami. Niestety czas szybko mijał i nim się obejrzałem musiałem pakować sprzęt i wyjeżdżać.

Postanowiłem że w noc poprzedzającą powrót, pójdę jeszcze raz w miejsce postawionej czatowni, bo jak to się mówi…a nóż coś się zbliży.

Wstałem jak zwykle o 3 rano, poszedłem tam gdzie dochodziły głosy budzących się żurawi…tak zobaczyłem je ze swojej czatowni, stały dumnie wprasowane we mgle, tylko czerwonawe łby wystawały ponad nią…daleko, znowu daleko…wrrrrr

Było ich chyba ze 20, musiały całą noc tam siedzieć. Nie pozostało mi nic tylko czekać aż przylecą na swoje ulubione śniadanie czekające w zbożu.

Mijała 1 godzina, druga a one jak stały tak stoją. Nie miały chyba zamiaru nigdzie lecieć. Siedziałem już 5 godzinę, w tym czasie odwiedziła mnie Kania Ruda, przelatując kilka razy wpatrując się w skoszoną łąkę i zboże, pewno szukała szczęścia tak jak ja :)

Zrezygnowany, kiedy miałem już wstać gdyż wyjazd był bliski, nagle przyleciała parka żurawi wraz młodym, usiadły na polu blisko mojej czatowni…

…tak siedziały ledwo 30m ode mnie, za chwile podleciały kolejne 2 żurawie,  one usiadły ledwo 5m od czatowni, nawet nie zdążyłem zareagować jak podleciał samiec z pierwszej trójki rozganiając te dwa ostatnie żurawie. To był widok, tak szybka akcja że nawet nie zdążyłem zareagować . Jednak widok z tak bliska niemal namacalny, był niesamowity.

Nieważne, że nie zrobiłem wymarzonych ująć, samo doświadczenie było nieocenionym przeżyciem.  To nagroda za trud jaki związany był z codziennym wstawaniem, nikt lepiej by tego nie rozegrał.

Szczęśliwy wróciłem do domu.

Krzysztof Sarapata

2 komentarzy (dodaj komentarz)

  1. Ekstra filmik. Mój synek ciągle pytał – ” a kiedy będzie królik?” ;) Znalazłam nawet inspirację do namalowania obrazu. Chyba będę częściej tutaj wchodzić to mi wena wróci ;)

    Komentarz by Karina Sipiorska via Facebook — 6 października 2010 @ 11:25

  2. To niezwykle budujące, że nasze prace staja się inspiracja innych. Mamy nadzieje że owoc Twojej twórczości też zobaczymy :) pozdrawiamy i życzymy powodzenia w malowaniu ;)

    Komentarz by Tokksa via Facebook — 7 października 2010 @ 12:55

Dodaj komentarz